środa, 19 czerwca 2013

"Nolin"- II rozdział.

Sebastian: Na wstępie pragnę przeprosić za to, że ten rozdział jest tak bardzo krótki. Jestem z niego baaardzoo niezadowolony. Obiecuję Wam, że z następnego będziecie zadowoleni ;)
Zapraszam do czytania i komentowania. 

By Sebastian:

Kilka następnych dni minęło bardzo szybko. Nolin nadal ciężko trenował i pomagał ojcu. Z dnia na dzień robił zauważalne postępy, a jego mistrzowi więcej czasu zabierało pokonanie go. Zbliżała się wiosna – ptaki świergotały coraz liczniej i głośniej, a temperatura była coraz wyższa. Mieszkańcy i zwierzęta powoli zrzucali z siebie okrycia pod którymi spoczęli na czas zimy i wybudzali się do wtóru radosnych krzyków dzieci i kupców którzy na dobre zaczynali handlować swoimi produktami. Taka to atmosfera panowała wokół, gdy Nolin stanął przed drzwiami barona Giarel’a, ponieważ został przez niego wezwany.
- Wejść!- powiedział baron gdy chłopak zapukał. Drzwi otworzyły się pchnięte i Nolin wszedł do gabinetu Giarel’a. Szybko omiótł spojrzeniem pomieszczenie, gdyż znał je na pamięć i skierował pytający wzrok na barona. Sam pokój był urządzony tak jak reszta zamku, czyli bogato. Na ciężkim drewnianym biurku -  które było położone naprzeciw wejścia i za oknem – leżały różnorakie sterty dokumentów. Podłoga była z heblowanych desek, pozbawiona okrycia w formie dywanu prezentowała się nad wyraz pusto w obliczu reszty. Dookoła były pięknie robione meble – duża szafa z olbrzymim lustrem pośrodku, komoda z wyrytymi napisami i kilka kredensów wykonanych z drzewa dębowego – na których znajdowały się różnorakie gobeliny i obrazy w złotych ramach.                                                                                                                                                                                                 Wzywałeś mnie panie?- Zapytał Nolin choć wiedział jaka będzie odpowiedź.                                                                                                     - Tak wzywałem. - Baron omiótł go spojrzeniem i przewrócił stronę w – jak się Nolin’owi wydawało – dokumencie zawierającym informacje na temat wpłat podatków.- Normalnie zacząłbym od zapytania Cię o twoje samopoczucie i zaproponowania czegoś do jedzenia lub picia, ale dziś jest dość… wyjątkowa sytuacja i chcę przejść natychmiast do konkretów.
Nolin zmarszczył brwi i popatrzył na barona. Dopiero teraz zauważył, że ten wydaje się spięty, a nawet podenerwowany. ,,Lepiej zachować ostrożność” pomyślał.
- O co chodzi? Czy coś się stało lub w jakiś sposób zawiniłem?
- Tu nie o ciebie chodzi. Może nie dokładnie o ciebie. Mianowicie chodzi mi o twojego ojca.
- Mojego ojca? Jak to?- Nolin ze zdziwienia otworzył szerzej oczy.- Myślałem, że jesteście rówieśnikami, czyż tak nie jest panie?
- Nie do końca, ale istotnie tak jest.- Baron westchnął.- Czy raczej było. Ale cóż, zacznę od początku więc proszę mi nie przerywać i słuchać uważnie, a z pytaniami zaczekać aż skończę.
Giarel rozpoczął swoją opowieść. Mówił w niej jak ojciec  Nolin’a przybył do Redmont pewnej zimy w towarzystwie swojej żony. Nikt nie wiedział skąd nadeszli, ani w jakim dokładniej celu przybyli. Loring powiedział wówczas, że jest kowalem i pragnie tu zamieszkać, bo jego żona niedługo urodzi. ,,Wydawał się spokojnym, ustatkowanym i przyjaźnie nastawionym jegomościem – Jak mówił baron.- Więc szybko zyskał sobie moje zaufanie, uznanie i przyjaźń”.
Dalej przeszedł do momentu gdy wybudował Loring’owi kuźnię, a jego matce zapewnił opiekę podczas ciąży. Tłumaczył, że wszystko robił z serca i nie oczekiwał zapłaty. Przemilczał jednak szczegóły opuszczenia Redmont przez Maklę, gdyż jak powiedział: ,,Sam nie znam szczegółów. Jednego dnia była, drugiego o poranku już jej nikt nie widział”.
Na koniec przeszedł do sedna sprawy, czyli do medalionu.
- Doszły mnie słuchy, że twój ojciec trzyma u siebie jakiś dziwny medalion.– Baron Giarel podniósł się,  położył obie dłonie na biurku i zmierzył chłopaka uważnym wzrokiem.- Czy to prawda?
Nolin zawahał się. Nie wiedział jaka będzie reakcja na temat odmowy i w ogóle nie wiedział jakimi intencjami kieruje się baron więc odrzekł niepewnie:
- Medalion? A kto powiedział baronowi o tym rzekomym medalionie?
- To nie twoja sprawa chłopcze. Odpowiedz mi szczerze, bo jak skłamiesz to gorzko tego pożałujesz. MACIE ten medalion, czy go NIE MACIE?
- Mamy. - Nolin przełknął nerwowo ślinę. Żałował, że miecz zostawił w swojej komnacie.- To pamiątka rodzinna. Czemu cię panie interesuje?
- Uważamy, że ten medalion związany jest z magią, a więc z herezją.
- CO?- Nolin nie zapanował nad sobą. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz.-  Jak to z herezją? Z jaką magią? Przecież magia nie istnieje!
                Zdawało się, że baron chce coś powiedzieć, w ostatniej chwili zmienił jednak zdanie i powiedział krótko:
- Istnieje czy nie, my traktujemy to jako herezję. Do jutra chcę mieć ten medalion na swoim biurku. Przekaż to ojcu i ostrzeż, że jakiekolwiek sztuczki nie będą tolerowane.
Trudno opisać co działo się wewnątrz Nolina. Gniew, złość, smutek, strach, przecież miał barona za całkiem innego, wyrozumiałego człowieka. Za dobrego przyjaciela swego ojca. Zaczyna się wiosna… to czas by się radować, bawić i pić, a nie by się sprzeczać o takie rzeczy… Jednak ze wszystkich uczuć największa była obawa. Obawa o ojca, obawa o jego decyzje, obawa o ich wspólną przyszłość.
Wiedział bowiem jak bardzo Loring jest związany z tym medalionem. W końcu jak powiedział: ,,To jedyna pozostałość po twojej matce”. Chłopak prawie na pewno był przekonany, że kowal za nic w świecie nie odda medalionu z własnej woli.
- A co… co się stanie je… jeśli – Nolin zaczął się jąkać- jeśli ojciec nie odda medalionu?
Wokół zapanowała wszechogarniająca cisza. Mieszkańcy za oknem ucichli, krzyki dzieci zniknęły, a radosne śpiewy ptaków i dźwięki stali krzyżującej się ze sobą lub ostrza strzały wbijającej się w cel przygasły. Jakby cały świat przesłoniła zasłona ciszy. Jakby cały świat zamilkł by móc usłyszeć wyraźnie słowa odpowiedzi. Słowa od których tak wiele zależy…
Nolin stał i czekał. Czas mijał bezlitośnie wolno. Wpatrzony w barona czuł jego wzrok na swoich oczach. Nie był pewien czy minęło pięć sekund, dziesięć, minuta, dwie czy godzina.
W końcu jednak baron otworzył usta i wymówił słowa odpowiedzi. Słowa od których krew Nolina zawrzała. Słowa od których bezgraniczny strach opętał serce chłopaka. Jego ręce zaczęły drzeć, a oczy rozszerzyły się. Usta lekko otworzyły w niemym krzyku rozpaczy i grozy.

- Zginie. 

niedziela, 9 czerwca 2013

"Nolin"- I rozdział.

By Sebastian:

Nolin otworzył oczy.
Powoli wybudzał się z sennych marzeń. Usiadł na posłaniu i zerknął w małe okno wychodzące na dziedziniec zamku Calaera. Wschodzące słońce oznajmiło mu, że zbliża się ranek. Nolin miał piętnaście lat i był synem miejscowego kowala Loring’a. Jak na swój wiek był wysokim i przystojnym młodzieńcem. Posiadał burzę kruczoczarnych włosów i  niebieskie niczym ocean oczy. W trakcie dnia pomagał Loring’owi w kuźni, a po zmierzchu wracał do zamku, gdyż baron Giarel utrzymywał przyjazne stosunki z jego ojcem i udostępnił mu jeden z dworskich pokoi. Zamkowe wygody i funkcję kowala zamkowego otrzymał również ojciec chłopaka, ale odmówił, gdyż jak sam powiedział ,,Nie lubię zbytnich wygód i specjalnego traktowania”. Nolin’owi spało się tam dobrze i wygodnie, nie to co w kuźni na rozpadającym się, niewygodnym łóżku.
Nolin podszedł do drzwi komnaty, otworzył je i wyszedł na korytarz. Pod sobą miał gruby miękki dywan otoczony pozłacaną nicią. Na ścianach wisiały duże obrazy w złotych ramach i jasne, ciepłe pochodnie w żelaznych uchwytach. Przepych tego miejsca zachwycał go przez kilka miesięcy, ale z biegiem czasu się przyzwyczaił.
Jego kroki tłumił dywan, stąpając cicho doszedł na sam koniec korytarza, i zaczął schodzić po schodach w dół. Mijając kolejne kondygnacje zszedł na sam dół. Zmierzając do wyjścia z budynku na dziedziniec, spostrzegł dwóch wartowników stojących po obu stronach ciężkich drewnianych drzwi z mosiężną klamką. Mieli na sobie kolczugi z wzmocnieniami na ramiona. Na to mieli założone naramienniki i narękawy z grubej skóry. Na głowie mieli kaptury kolcze, na nich grubą wełnianą czapkę, a jeszcze na niej żelazny hełm. Spodnie mieli nieopancerzone, buty ze skóry bawoła, a rękawice z lekkiego metalu. W dłoniach trzymali halabardy; za pasem mieli proste miecze wykonane nie przez jego ojca, tylko zamkowego kowala. Na widok Nolin’a obaj podnieśli broń do góry i rozstąpili się na boki by go przepuścić. Mijając ich kiwnął każdemu głową i poszedł dalej. Witał się po drodze z wieloma osobami, gdyż był znany na zamku. Po lewej spostrzegł plac treningowy i ćwiczących tam żołnierzy. Część ćwiczyła musztrę stąpając równo i szybko pod rozkazami dowódcy, część doskonaliła się w łucznictwie i fechtunku. Nolin zawsze się skupiał na tej ostatniej grupie. Był pod dużym wrażeniem ich szybkości, koordynacji ruchów, precyzji i przede wszystkim techniki. Sam pobierał prywatne lekcję szermierki u zamkowego mistrza miecza, ale do poziomu zawodowego żołnierza sporo mu jeszcze brakowało. W zamyśleniu opuścił zamkowy dziedziniec i dotarł do kuźni ojca. Spostrzegł go na tarasie - wykuwał żelazo przekształcając je w miecz. Za nim był olbrzymi piec hutniczy, po jego prawej duży kubeł z lodowatą wodą. Narzędzia do pracy były na dworzu; w budynku był skład na wykute rzeczy i dwupokojowa izba mieszkalna.
- Witaj ojcze - pozdrowił kowala Nolin.
Po jego ojcu Loring’u widać było z daleka, że jest kowalem. Postawą przewyższał większość ludzi, a muskulaturę miał znacznie wykraczającą poza przeciętną. Spojrzał na syna i odłożył wykuwaną właśnie rzecz na pobliski stolik.
- Czołem Nolin – odpowiedział. - Gotowy do pracy?
- Oczywiście, że tak. Od czego mam zacząć?
- Przynieś no pięć tych długich stali i te dwie krótkie, już hartowane.
Nolin wszedł do budynku i udał się na zaplecze po materiały. Przedzierał się poprzez wysokie półki; leżały tam różnorakie pancerze, tarcze i uzbrojenie skończone lub nie do końca. Były narzędzia domowego użytku typu noże, widelce, łyżki i pozostałe przyrządy kuchenne. Luzem leżały najrozmaitsze rzeczy do pracy na roli i surowce potrzebne na to wszystko. Chłopak dotarł do skupiska stali, metali i skór. Zebrał to co trzeba i już miał wyjść gdy jego wzrok spoczął na leżącym samotnie medalionie. Był to dość osobliwy medalion; nie miał nic na czym można by go zawiesić. Wykonany ze złota, dookoła miał mnóstwo małych kamyków - Nolin przypuszczał, że szlachetnych - a po środku jakiś znak w nieznanym mu języku.
Ojciec mówił mu, że ten medalion to najważniejsza rzecz jaką mają i, że Nolin ma w razie potrzeby z całych sił go chronić. Podobno był ściśle związany z jego matką która odeszła gdy Nolin miał trzy lata. Na pytanie czemu tak ważna rzecz leży spokojnie, Loring odpowiedział:
- Niebezpiecznie jest go trzymać ciągle przy sobie.
Ta odpowiedź musiała chłopakowi wystarczyć. Nolin wiele myślał o swojej matce. Miała na imię Makla i była piękną kobietą – jak przekonywał go ojciec -  o wielkiej odwadze i szlachetnym sercu. Loring mówił mu, że odeszła bo musiała, ale mimo to chłopak nadal miał do niej uraz. Potrząsając głową wyrzucił z siebie nieproszone myśli i wrócił do ojca.
- O, jesteś nareszcie -rzekł Loring.- Coś długo Cię nie było.
- Przepraszam, zamyśliłem się na temat matki.
Oblicze ojca spochmurniało - Co konkretnie masz na myśli?
- Chmmm, jak by ci to wytłumaczyć; wiem, że do tej pory o to nie pytałem, ale nadeszła pora bym się czegoś dowiedział. Mianowicie, co z twoimi rodzicami, lub rodzicami matki. Czy ja mam dziadków?
Barczysty kowal podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu, drugą odbierając naręcze stali.
- Dobrze, odpowiem na twoje pytania, ale musimy się wziąć do pracy. Tak więc zaczęli pracować ciężko w pocie czoła przy wyrabianiu mieczy i sztyletów.
- Co do twojego pytania. Moi rodzice umarli gdy miałem rok. Nie znałem ich, nie wiem nawet jakie mieli imiona... - Głos ojca Nolin’a na chwilę się załamał. - Wychowałem się bez rodziców. Przygarnęli mnie pewni... dobrzy ludzie. A rodzice Makli? To były wspaniałe osoby. Umarli ze starości; wiele się od nich nauczyłem.
- A moja matka? Kochała mnie?
Loring uśmiechnął się smutno – Kochała, i to bardziej niż możesz sobie wyobrazić.
- No to w takim razie dlacz... -Loring przerwał mu.
- Dlaczego odeszła? Synu mówiłem ci już... bo musiała. To była jej najtrudniejsza decyzja w życiu.
- Porzuciła własne dziecko. Widać nie była dobrą matką.
Kowal spojrzał na syna - w jego oczach zalśniły łzy - i powiedział głosem pełnym bólu:
- Nolin... proszę cię, nie mów... tak... nigdy o matce. Nie znałeś jej i nic o niej nie wiesz.
Nolin zawstydzony spuścił wzrok. Odłożył ostatnie gotowe ostrze - rękojeści i pochwy jego ojciec robił sam - i wybąkał:
- Przepraszam ojcze.
Loring otarł kącik oczu fartuchem kowalskim i powiedział:
- No nic... nic się nie stało. Dziękuję ci za pomoc. Weź z zaplecza swój miecz i idź na trening.
Nolin zdjął fartuch, powiesił go na pobliskim haku i udał się po broń. Już miał ruszać do zamku, gdy usłyszał krzyk ojca. Odwrócił się.
- Nolin.
- Tak ojcze?
- I od teraz noś ten miecz zawsze przy sobie.
Nolin otworzył oczy i uniósł brwi - Czemuż to?
- W niebezpiecznych czasach żyjemy... nie wiadomo, może ci się przyda synu.
- Tak zrobię tato.
- To dobrze.

                                                                                          ***

Dwadzieścia minut później Nolin witał się już ze swoim nauczycielem; tutejszym mistrzem miecza, panem Gemarr’em.
Lekcję zaczęli jak zawsze od pokłonu.
- Witaj mistrzu -rzekł Nolin chyląc czoło.
- Witaj Nolin’e, lekcję zaczniemy od ćwiczeń rozciągających.
Nolin tylko kiwnął głową i wziął się za ćwiczenia. Na początku przebiegli dwa dystanse placu treningowego. Chłopak dzięki codziennym treningom miał świetną kondycję. Biegnąc, przetrawiał informacje które dziś usłyszał. Znów pomyślał o matce. Na myśl o niej łzy stanęły mu w oczach, ale szybko porwał je pęd lecącego powietrza, więc jego mistrz niczego nie zauważył.
Gdy zakończyli ten etap ćwiczeń, rozpoczęli opracowaną przez Gemarr'a specjalną kombinację ćwiczeń; stworzoną specjalnie na potrzeby treningu z Nolin'em.
Na początku w pierwszej, najłatwiejszej sekwencji były skłony, obroty i wymachy rąk i nóg. Później różnorakie ćwiczenia rąk, nóg, głowy i szyi oraz tułowia - całej górnej połowy ciała.
W drugiej sekwencji było już trudniej; rozmaite ćwiczenia na leżąco. Przyciąganie, rozciąganie i pompki.
Ostatnia i najtrudniejsza, a zarazem najdłuższa część polegała na najróżniejszych akrobacjach i coraz bardziej wyimaginowanych pozach.
Kiedy uporali się już z ćwiczeniami, wzięli się za naukę fechtunku.
- Nolin'e stań w lekkim rozkroku; prawa noga lekko z przodu - poinstruował chłopaka mistrz co ma robić. - Musisz być wyprostowany.
Gemarr pokazał mu dalej jak zaatakować, jak przekręcić miecz w dłoni, zrobić unik przed niewidzialnym przeciwnikiem i przejść do ataku.
- Pamiętaj Nolin'e - mówił mistrz. - Nigdy nie patrz przeciwnikowi na jego ciało; ręce i nogi. Najważniejsze są oczy i wyraz twarzy. Z nich dowiesz się wszystkiego. Ponadto staraj się rozkojarzyć rywala, a najlepiej go rozdrażnić. Rozjuszony rzuci się do ataku, zapominając o obronie. Rozumiesz?
- Tak mistrzu.
- Świetnie; w takim razie pokaż co umiesz.
Przyjęli pozycję naprzeciw siebie. Sparowali się co lekcję i Nolin nigdy jeszcze nie wygrał.
Chłopak spojrzał w oczy mistrza - tak jak ten go uczył - ale po pierwszym ataku zapomniał o tym i skupił się z powrotem na kończynach Gemarr'a.
Zaczęli krążyć wokół siebie. Nolin trzymał miecz w obu dłoniach - jego mistrz w jednej.
Trącony butem kamyk poleciał w bok. Upadając wydał stuknięcie, które od razu zagłuszył świst miecza przecinającego powietrze. To młody uczeń ruszył do ataku. Nolin skierował miecz w lewe udo mistrza  - obaj mieli założone pełne zbroje, by nie porobić sobie większej krzywdy - ale Gemarr z łatwością sparował cios. Tym razem miecz poszedł na korpus mistrza, ale znów bez skutku.
Gemarr uśmiechnął się lekko i przeszedł do ofensywy. Zasypał podopiecznego gradem ciosów, zmuszając go, by zaczął się cofać. Nolin dostrzegł miecz lecący na jego głowę - wyciągnął swój oręż, by sparować cios - ale w połowie drogi miecz zmienił kierunek i wypadł szybko do przodu jak atakujący wąż - wprost na nogę Nolin'a.
Wokół rozszedł się czysty dźwięk metalu gdy ostrze zderzyło się ze zbroją. Trafiony chłopak poczuł ból w nodze - ta zdrętwiała i osunęła się - i poleciał naprzód.
Poprzez migające ogniki i pulsujący ból w nodze, zobaczył nad sobą rozmazane kontury twarzy pochylającego się mistrza - tak kończyła się prawie każda ich potyczka.

sobota, 8 czerwca 2013

"Maseva"- I rozdział.

'By Milena:

          "Nie mam zbyt beztroskiego życia. Zawsze chciałam być zwyczajną niewiastą, lecz takie moje przeznaczenie. Dla innych to zaszczyt być mną, a dla mnie to prawdziwe piekło. Bywam jednak uśmiechnięta przy bliskich, aby nie obarczać moimi problemami ludzi, których kocham. Doszłam do konkluzji, iż mimo mojego wieku jestem mądrzejsza od moich rodziców, lecz nie wypada tak mówić. Nie teraz. Nie tutaj. Nie o nich. Nie o rodzinie królewskiej.
           Moja dynastia od pokoleń przejmowała tron. Z pradziada na dziada i niestety, kiedy dowiedziałam się, że po moich dwudziestych piątych urodzinach przejmę dowodzenie nad Królestwem Cerawin- zbuntowałam się. Nie chciałam władać innymi, bardziej odpowiadało mi bycie normalną damą. Nie interesowała mnie sława i wielkości majętności; byłam całkiem inna niż moja rodzina. Rodzice wmawiają mi, że moja posada to powód do dumy, jednak ja chcę żyć w mniejszych dostatkach, chęć bycia inną osobą jest większa.
           Od kilku lat panuje całkowity spokój, tak zwany złoty wiek. Ojciec dogadał się z sąsiadującym na zachód od naszego państwa Królestwem Mireawia. Król Khazar podpisał pakt zgody z moim tatą Ilddarem i zarazem Władcą Królestwa Cerawin, lecz nadal wybuchały konflikty na tle religii i polityki narodowej. To, że moja rodzina panuje od pokoleń- nie sprzyja mojemu życiu, lecz nie moja wina, że tak już musi pozostać.
          Od zawsze moim marzeniem było wyrwać się z więzów rodzinnych, przestać być księżniczką i pozostać trywialną kobietą. Lecz to tylko moje niespełnione mrzonki o byciu taką osobą. Dobrze wiem, że jest to niemożliwe. Jedyna korzyść z bycia mną, jest cotygodniowa zgoda na oglądanie potyczek rycerzy. Tego typu widowiska są tylko dla ludzi z wyższych grup społeczeństwa, bardziej zamożnych, wpływowych."
          Pisząc i siedząc przy bogato ozdobionym stole, lekko drgam na dźwięk uchylających się drzwi mojej komnaty. Odwracam się pośpiesznie i dostrzegam za futryną młodego, praktykującego pazia, który z obawy nie wie co rzec, gdyż zauważył, że przerwał mi w czymś. Zawżdy był taki, lecz nie przeszkadzało mi to. Uśmiecham się do nowicjusza i pokuszam aby przemówił, lecz chłopiec zarumienia się i bełkocze:
-Ja... Przepraszam Panią... Najmocniej przepraszam, lecz Król wzywa.- Ku ironii losu nigdy nie słyszałam, by ktoś przy mnie powiedział na niego "Ojciec"- zawsze nazywali go formalistycznie i nie podobało mi się to. Sama nie wiedziałam już, jak go zwać.
 -Podejdź.- mówię radosnym, melodyjnym tonem. Młodzieniec rozgląda się na korytarzu czy nikt nie jest świadkiem tego zdarzenia i następnie wchodzi podchodząc swoimi specyficznymi ruchami. Zwracam uwagę na jego charakterystyczny ubiór. Ma na sobie zieloną płachtę wykończoną złotą nitką wśród turkusowych ozdobień na rękawkach i dołu zakończenia, czarne spodnie z lnu i skórzane trzewiki. Jego bujna, brązowa czupryna jest podczesana do tyłu, a policzki są różowawe po zaczerwienieniu, tudzież usta wypełnione krwistością. 
-Tak Pani?- pyta chłopiec nadal z odczuwalnym strachem. Skłania się żwawo i wyczekując mojego odzewu przygryza delikatnie dolną wargę, lecz stara się to robić niepostrzeżenie. Tkwi tuż przy mnie z ręką przyłożoną na dolnych plecach z wierzchem dłoni na widoku.
-Wiesz z jakiego powodu jestem wzywana?- mówię chyłkiem, aby nikt nas nie mógł usłyszeć. Nadal siedzę na drewnianym, ładnie wyrzeźbionym krześle, ozdobionym czerwonym w miłym dotyku materiale. Uśmiecham się do niego kusicielsko, aby powiedział mi kilka informacji na ten temat. Kładę rękę na kantówce oparcia, żeby mieć lepszą swobodę w pozycji odwrócenia się do pazia, znajdującego się za siedzeniem.
-Niech mi wybaczy Pani, ale król nie podał powodu.- młodzik uspokaja się. Pewnie przypuszczał, że chcę go rozliczyć z wyprawy w nocy za mury zamku. Wiedziałam o tym tylko ja. Jest to u nas niedozwolone, lecz nieraz sama wybiegałam z pałacu aby pomyśleć w ciszej nocy przy leśnych zwierzętach i rześkim powietrzu wśród zielonych drzew. Wtedy mogłam być sobą.
          Uśmiecham się do nowicjusza i wstaję powolnym ruchem, lecz z nauczoną gracją.  On pierwszy się skłania i rychło wychodzi z mojej komnaty. Bezzwłocznie po nim idę w kierunku wyjścia, ale na moment przystaję przy lustrze tuż przy drzwiach wyjściowych. Rama jest pozłacana i efektownie wyrzeźbiona, a odbicie zwierciadła odbija moją królewską naturę. Zwracam większą uwagę na swoją bladą twarz. Jest ona pokryta białym pudrem, różowawym rysem na policzkach, piwne oczy podkreślone czernią, a usta błyszczą kolorem malinowym. Chciałam choć jeden dzień być naturalną księżniczką, widzieć swoją niekłamaną twarzyczkę, a nie ukrywać się pod rzeczami upiększającymi. Moje falowane, długie, blond włosy są związane w wysoki, luźny kok, a niektóre kosmyki włosów opadają na czoło. Strój wyrafinowany z obszernymi czerwonymi sukniami. Moją talię podkreśla sznurowanie na placach, które ściąga materiał, powodując ukazanie szczupłej sylwetki. Poszerzana klinami od linii bioder, przewiewne i swobodne do ruchu rękawy, które mają charakterystyczne koronki i falbany, duży dekolt, który jest ozdabiany klejnotami. Przez długą, obszerną suknię nie widzę swoich stóp, jednakże mam na nich krwiste buciki na lekkim klinie, który nadaje mi odrobinę wyższą posturę. Natomiast moją szyję ozdabia naszyjnik z błękitnym diamentem- jest to specyficzny znak, że jestem księżniczką Królestwa Cerawin.
          Patrzę chwilowo jeszcze raz na swój wygląd i następnie wychodzę ociężałym krokiem z mojej komnaty. Kroczę wzdłuż niekończącego się korytarza, wśród tysięcy portretów wszystkich dawnych króli naszego państwa. Każdy ma swoją srogą minę i patrzy się na mnie wrogimi oczyma. Nienawidzę tego miejsca. Kiedy myślę, że mój wizerunek ma się tutaj znaleźć, przeszywa mnie dreszcz strachu. Mijam ostatnie postacie na kamiennych ścianach i wchodzę do siedziby ojca. Wkroczywszy widzę jak zawsze duże pole manewru. Wraz z biurkiem na którym znajduje się chmara papierów, są umieszczone na odgrodzeniu kolejne obrazy z bliższej rodziny królewskiej. Ojciec i zarówno król Królestwa Cerawin patrzy bezustannie w jakiś kwitek. Nie wiedząc co zrobić, podchodzę do niego spokojnym krokiem i przemawiam:
-Tak ojcze? Wzywałeś mnie.- mówię ściszonym lecz słyszalnym głosem. Przybliżam się bardziej i rozważnie siadam na fotelu, który znajduje się nieopodal króla. Nieprzerwanie patrzę na niego i na to jak reaguje słysząc mój głos. Przenosi uwagę teraz na mnie.
-Witaj Masevo. Jak już zauważyłem rozgościłaś się w moim biurze.- przemawia swoim oschłym tonem, lecz ja nadal uśmiecham się do niego niczym pięciolatka dostająca lizak. Nie chcę zrobić złego wrażenia, tak jak ubiegłym razem.- Otrzymałem wieść od instruktora Gemarr'a, że jutro odbędzie się turniej najlepszych rycerzy z całej krainy. Będzie specjalna możliwość abyśmy zademonstrowali Mireawii swoje zacne strony walki i poprawnego władania bronią.- mówi swoim oschłym, zuchwałym głosem. Jest nieprzyjemny, lecz już do tego się przyzwyczaiłam. Bałam się jego jako mała dziewczynka, więc zaczęłam go unikać i przebywać z nim jak najmniej czasu. Kiedy skończyłam trzynaście lat przywyknęłam do tego i pogodziłam się z jego wrogością, nawet do najbliższej rodziny. Nie nadaję się na miano królowej Królestwa, gdyż charakterystyczną cechą przywódcy jest stanowczość i groźne nastawienie- ja tak nie potrafię. Jestem łagodną, miłą i pomocną kobietą, nie narzekającym robotem, który dyryguje innymi ludźmi. Nie nadaję się na tą posadę.
-Dobrze ojcze. Dziękuję, że mnie powiadomiłeś o tym.- mówię dogłębnie i czujnie, aby nie zrobić żadnego złego ruchu.- Kto się jeszcze pojawi na jutrzejszej potyczce?
-Specjalnie na tą okazję przybędzie Cristos Detroni, nasz najlepszy rycerz roku.- król nadal ma ten sam groźny wyraz twarzy, a jego czarne brwi podkreślają głębiej jego wrogość. Głos jest chrypliwy, lecz bardzo dobitny. Jest specyficzny co do innych władających dawnego Królestwa Cerawin- usta zaciśnięte w cieniutki pas, a małe oczy słusznie pokazują na wierzch jego emocje. Nie widzę odziania, gdyż jest osłonięty stertami papierów. Wprost pasuje teraz do jednego z dzieł na kamiennych ścianach, do bodajże mojego dziadka Orinerra, który tak samo jak on ukazuje negatywne napięcie. Mruknąwszy coś pod nosem daje mi znak, że mam wyjść. 
          Wstaję zgrabnym ruchem i niezwłocznie kieruję się w stronę wyjścia. Bezpośrednio od drzwi obserwuje mnie z wrogością poprzednik teraźniejszego Ilddera. Nie mogę dłużej patrzeć na te obrazy i wręcz natychmiastowo przebiegam szybko, aby dojść do mej komnaty na końcu korytarza. Wpadam raptem do pokoju i momentalnie z westchnieniem zamykam drzwi na klucz. 


(DOPISYWANY ROZDZIAŁ)